Cudowne lata

via on: mintafood


Babcia oznacza smaki. Najbardziej intensywne kojarzą mi się z letnimi wakacjami, podczas których jako kilkulatka spędzałam z Babcią co najmniej dwa tygodnie. Babcia nie mieszka daleko, wówczas w tym samym mieście. To jednak nie miało większego znaczenia. To był inny świat, inne podniebienie.

O poranku budził mnie zapach parzonej herbaty z imbryka, a nim otworzyłam oczy na stół wjeżdżały talerze. Najbardziej lubiłam jajka na miękko i pomidory. Duże, soczyste malinówki już nigdy nie rozpływały się w ustach tak jak wtedy. Czasem była jajecznica z tymi wielkimi, pachnącymi cudami. Albo ich miąższ rozpływał się w śmietanie, czasem podrasowanej z cebulą lub szczypiorkiem. 

Potem był spacer i poszukiwanie warzywnych skarbów. Ulubiony stragan z owocami i zieleniną, dobrze znany sklepik przy drodze, gdzie truskawki były jak małe bomby. Do tego podróże po jajka, prosto od hodowcy. Bez gmo, bez naklejki, bez pieczątki. Z intensywnie żółtym żółtkiem. Doskonałe. Gotowałyśmy kompot z rabarbaru, krupnik z bukietem warzyw, czasem zupę truskawkową, często racuchy z jabłkami. Albo siekałyśmy główki kapusty. Makaron też robiłyśmy same. Na kuchennym blacie pojawiała się stolnica, a Babcia swymi rękami wyrabiała najlepsze ciasto. Ja, tuż obok, sklejałam z resztek ciastowe ludziki. Kuchnia opływała zielenią koperku, pietruszki, lubczyku. Wszystko to z dziadkowej działki.

via on: wiki

Odwiedzałyśmy ją tuż po naszym obiedzie, niosąc w menażkach smaki dla Dziadka. W słoiku był kompot, Dziadek lubi wiśniowy. Potem łaziłam wśród grządek, zrywałam maliny, kradłam czereśnie z działki obok, podlewałam zioła, karmiłam gołębie, gapiłam się na szczygły w klatkach, odganiałam muchy, doglądałam własnego drzewka brzoskwiniowego, zadeptywałam robaki, szukałam kretów, dopijałam kompot i szłam z Babcią dalej.

Na długi spacer. Czasem na opony, gdzie mogłam skakać jak oszalała. Nieraz wzdłuż rzędów domków jednorodzinnych. Wszystkim mówiłam dzień dobry, bo wszyscy się znali. Babcia załatwiała kwiaty. Dla mnie. Były mieczyki, bez, astry, dalie, jeżówki, ostróżki, macierzanka, bratki, piwonie, późne konwalie. Czasem chadzałyśmy wąchać dzikie róże przy przedszkolu. Po drodze zatrzymywałyśmy się na ławce, pozdrawiałyśmy sąsiadki i umawiałyśmy się na spotkania powieczorynkowe. 

Kolacje były pełne kanapek. Z ogórkiem, najlepszą szynką, rzodkiewką. Zjadały się szybko, bo na zewnątrz czekała przygoda. Przygoda pod wieczór, wypełniona dzieciakami z bloku, rozdeptywaniem morw, bawieniem się w bazę pod dziką fasolą. Babcie siedziały na ławkach doglądając gromadki kurcząt kręcących się na karuzeli. Dziadki grały w karty odganiając pacholęta straszące gołębie. Pilnowaliśmy też prześcieradeł i obrusów przed Cygankami, które wedle legendy ukradły raz całą bieliznę sąsiadce z ostatniej klatki.

Zwisałam z trzepaka, wdychałam lekko ochłodzone letnie powietrze, miałam na języku smak mirabelki owocującej pod balkonem sąsiadów, i nie zdawałam sobie sprawy, że spływają przeze mnie najbardziej beztroskie chwile życia.

4 komentarze:

  1. O tak- bo babcie lubią karmić :D Moja kojarzy mi się jeszcze z dźwiękiem maszyny do szycia i z hejnałem ;) Zaraz do niej zadzwonię :D

    OdpowiedzUsuń
  2. I mnie się tak smacznie kojarzą babcie :)

    OdpowiedzUsuń