Jak polubic siebie?

via on: we heart it

Minęły już ponad dwa tygodnie od pierwszego dnia Nowego Roku. Ci co mięli zapomnieć o swoich postanowieniach, już pewnie dawno to zrobili. Inni trwają dzielnie wierząc, że warto zacząć 2014 jakby z czystą kartą. Pewnie wiele z nas postanowiło sobie, że tym razem waga nie będzie naszym największym wrogiem, a spotkania ze steperami, rowerami czy basenem będą odbywać się w realu,a  nie podczas oglądania ćwiczących bohaterek Seksu w Wielkim Mieście.

Dziewczyny, jak często zdarza się Wam mówić - jesteś super? Jak często stajcie przed lustrem i macie wrażenie, że wszystko jest (przynajmniej) ok? Bo kiedy myślę o sobie (Lenie), to z ręką na sercu przyznam się Wam... nie pamiętam, by był taki moment bym pomyślała - jesteś w porządku. Może czasem zdarzyło się pomyśleć - tu jest nie za bardzo, tam też niezbyt, ale powiedzmy, że można z tym żyć. Spoglądanie na siebie nigdy nie należało do moich ulubionych czynności, co może dziwić w połączeniu z posiadaniem bloga. Ot, taka odtrutka, która nie zawsze jest skuteczna. Chciałabym napisać - ze zgrozą stwierdzam, że nie lubię i nie akceptuję siebie. Tylko żadna mi to zgroza ani wielki kataklizm, bo do tej myśli przywykłam, powtarzając ją jak mantrę od lat nastoletnich nie lubię cię dziewczyno z lustra. Niekiedy zastanawiam się jednak, czy taka niechęć to wyłącznie problem mój, czy każda z nas nosi w sobie pokłady braku samoakceptacji. A jeśli tak, to na jakim poziomie?

Być może teraz się okaże, że to problem bardzo jednostkowy albo niezwykle narodowy. Może będzie też tak, że dostanę burę za szerzenie defetyzmu, ale z ręką na sercu mogę przysiąc, iż wbrew obiegowej opinii o tym, że wyglądam na osobę dość pewną siebie, to tak naprawdę jestem kłębkiem kompleksów. Bredzenie o tym, że głupio jest patrzeć na idealne panie z okienka tv/kanału internetowego, znam na pamięć i często sama powtarzam. Że przecież one tak naprawdę nie istnieją, to ułuda i sztuczna prawda (w cyckach, ustach, na policzkach i na tyłkach). Problem jednak w tym, że te istoty jednak po ziemi chadzają, mimo iż nieco podrasowane, to pewne rzeczy osiągnęły samodzielnie. Bez pomocy skalpela i chirurga. No, a niektóre przymioty zwyczajnie natura im dała, nic tutaj po moim biadoleniu.

via on: we heart it

Ot, kolejny przykład mojego kurzego móżdżku jest niezwykle dosadny. Kobiece kształty? A, fe! Te falujące biusty, okrągłe pupy, kuszące dekolty - nie, dziękuję. Nie lubię. Jestem w przebrzydłej grupie osób, dla których ideał piękna kobiecego mieści się w wymiarach Kate Moss. Ależ oczywiście, pani Bellucci ma twarz anioła, jest ponętna i seksowna jak pieron, lecz tego ciała bym nie chciała (gdybym miała jakiś wybór, oczywiście). Przysięgam, nie jest to jawne wyznanie słów poparcie dla pro-ana, bo sama jestem jego zaprzeczeniem. To kwestia gustu. A argument, to tym, że "faceci wolą" mnie bawi niezwykle, bo (przepraszam Luby mój!), co faceci wolą mnie kompletnie nie interesuje. Mogą co najwyżej woleć schabowy od mielonego.

Myślę czasem kto jest odpowiedzialny za taki (mój) stan rzeczy. Nie będę obarczać zmian cywilizacyjnych, kulturowe dążenie do ciała doskonałego w określonym formacie. Myślę sobie, że to wszystko co siedzi we mnie, a co raczej do wyplewienia nie jest, wzięło się z braku słów. Analizuję i zadaję sobie pytanie - jak często mówię ludziom komplementy? Ale masz dzisiaj promienista cerę. Świetny szalik, wow! O kurczę, twoje włosy są jak marzenie. Pewnie, że mi się zdarza. Ale jak rzadko! I jak rzadko dostaję taki feedback! Pomijając Ukochanego, to ciężko mi wykonać jakąkolwiek statystykę. Raz w miesiącu? Niech będzie. Dwanaście razy w ciągu roku słyszę komplement na swój temat od osoby niebędącej Mężem. I ja również jestem tak mało szczodra. Strasznie to smutne. Przyrównując do sposobu bycia Amerykanów albo Brytyjczyków, którzy co krok mówią oh my god, you look gorgeous, wypadam bardzo blado.

To chyba bardzo dobry pomysł na jeszcze jedno noworoczne postanowienie. Postarać się codziennie powiedzieć komuś coś miłego. Od serca, szczerze i z wielkim uśmiechem. Bo karma ponoć wraca!


6 komentarzy:

  1. Świetny post. :) Nie mam problemu z mówieniem miłych rzeczy, o tym co mi się podoba, bez lukrowania i ściemniania. Zawsze można znaleźć powód do powiedzenia komuś czegoś miłego. Co do ciała, też wolę być szczupła. :) Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. a ja właśnie mam wysoką samoocenę, lubię siebie i zazwyczaj moje zdanie o sobie jest pochlebne. oczywiście, zdarzają się kiepskie dni, kiedy bez makijażu na siebie w lustrze nie mogę patrzeć, ale kto takich dni nie ma? ale na ogół bardzo siebie lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mam całkiem podobnie - zachwycam się kobietami o różnych kształtach - większych i mniejszych. Ale gdybym mogła sobie wybrać wymarzoną sylwetkę to bym wybrała taką baaardzo chudą.

    OdpowiedzUsuń
  4. True story, girl!;)) super post, poproszę o więcej w tym stylu! Podrawiam, Patiii:**

    OdpowiedzUsuń
  5. Lovely photos!

    http://beautyfollower.blogspot.gr/

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj tak mam podobnie. Łatwiej mi pochwalić za wygląd drugą osobę niż siebie co zresztą często robię, bardzo rzadko jednak słyszę coś miłego o sobie co tylko utwierdza mnie w przekonaniu że nie jest ze mną za dobrze. Jedyny plus to to że wypracowałam sobie minimum samoakceptacji które nie pozwala mi popaść w czarną otchłań kompleksów i nie przesłania całego życia. Po prostu koncentruję się na innych sprawach.

    OdpowiedzUsuń