Idziemy do kina! Powiemy na co.




















Wiecie co? Kocham Męża mego. Zwłaszcza za prędkość rozpoznawania pewnych tematów. Otóż mój Mózg zauważył rzecz niebywałą - kina studyjne oferują nam świetny repertuar, wraz z nowościami na czele, za niewielkie pieniądze.We wtorki filmy można obejrzeć za dychę, w ciągu tygodnia za złotych piętnaście, a wybrane seanse za pięć złotych lub zupełnie za free. Decyzje podjęte - mówimy żegnaj multipleksom. Jak cudownie! Ten przydługawy wstęp chce Was nastroić na minirecenzje trzech filmów, które widziałam w ostatnich dniach. Mam alergię na produkcje z kategorii mainstream, choć śmiało mogę powiedzieć, że te trzy tytuły na brak widowni nie mogą narzekać.

1/ Dallas Buyers Club / Witaj w klubie, Jean-Marc Vallée

Nim przejdę do sedna, znów rozpocznę od prywaty. Matthew McConaughey nigdy nie budził we mnie ciepłych uczuć. Ozwany symbolem seksu (WTF?! To historia podobna do tej z Goslingiem. Ryan ma talent, dobrze wybiera role, ale pominąwszy gibkie i wysportowane ciało, nie daję sobie wmówić, że jest ciachem. Bitch, please!), więc... Ozwany symbolem seksu, był dla mnie niczym Ken, chłopak Barbie, który na domiar złego gra w idiotycznych komedyjkach romantycznych. I proszę Was - trzy dni. Wpierwiej świetna nowość serialowa HBO "Detektyw" i doskonale prowadzona rola, a zaraz potem postać umierającego na AIDS Rona, który z zimnego homofoba i seksoholika, zmienia się w prawdziwego społecznika. W pierś się biję! I życzę Mateuszowi jak najlepiej, już tylko ról wymagających i trudnych. Choć powiem szczerze, w "Witaj w klubie" mój wzrok wędrował ku Jaredowi Leto. To on skradł historię jako transseksualna Rayon. Historia jest mocno oscarowa - lata 80', Teksas. AIDS i HIV zaczynają zbierać swoje żniwa, a do społeczeństwa dociera fakt, że nie jest to choroba pedziów. To story inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, wygrane na najwyższym poziomie. Nie bez kozery mówię, że to pewniak do wszelakich nagród, nominacji i wyróżnień. Jednak nie ma tam mdłego dramatu, prostej recepty. Mamy doskonałą relację Ron-Rayon, obraz (nie tylko) homo-środowiska, któremu rozpustne lata 70's pozostawiły wyrok śmierci i na dokładkę kawałek historii medyczno-farmakologicznej. Na południu Stanów, gdzie "życzliwy" redneck lubi posuwać cycate blondyny. Bez gumy, ofkoz!
ps: A jeśli lubicie tematy LGBT, Pink Floyd i Davida Bowiego, to rzućcie okiem na film C.R.A.Z.Y. tego samego reżysera. Mniami!

2/ Pod mocnym aniołem, Wojtek Smarzowski

Oto jedyny polski reżyser, na którego filmy czekam. Wyczekuje. Bo "Wesele", "Dom zły","Drogówka" i "Róża" to nie są jakieś tam filmy. To jest Polaka portret własny. To zmierzenie się z historią, wadami, stereotypami, bolączkami. Wojtek ma swój styl, który bez wątpienia można nazwać ludyczno-cielesnym. To styl pełen bólu, którego doznaje widz. Historia Jurka, bohatera "Anioła..." splata się w pijackim śnie i brudnym otrzeźwieniu, z opowieściami innych alkoholików. Poznajemy ich na detoksie. Obserwujemy upadek na dno. Dno den. Tego się spodziewałam. Ciał otępionych, brudnych, w wymiocinach, ekskrementach. Bez sensu i celu. W tym bezsensie cudowna była Kinga Preis. Z resztą... Cała "smarzowska" ekipa spisuje się na medal. Mój bohater numer dwa - Henryk Lubos aka Charles Bukowski. Bo Jerzy (prawie Pilch) wraca do knajpy Pod mocnym aniołem, gdzie w pijackim nałogu zdaje mu się, że spotyka się z słynnymi pisarzami-alkoholikami. Jesteśmy zawieszeni w dziwnym czasie i przestrzeni, po raz wtóry wracamy na detoks, słuchamy intymnych spowiedzi, zastanawiamy się czy to historia Jerzego, czy zmyślnie ułożone opowieści Terrorysty, Mani, Joanny, Inżyniera... Choć to w mym przekonaniu najsłabszy film Smarzowskiego, to właśnie on powinien być naszym reprezentantem do nagród akademii. I wiem, że się nie mylę. I basta.


















3/ August: Osage Country / Sierpień w hrabstwie Osage, John Wells

Streep, Roberts, McGregor, Lewis... Zróbmy film z gwiazdami na podstawie super sztuki! Sztuki, która zdobyła moc nagród. Przecież jak dorzucimy takie sławy, to tylko podkręcimy atmosferę. Mniej więcej tak sobie pomyślałam tuż po wyjściu z sali kinowej. Trudno się przyczepić do czegokolwiek, ale we mnie pozostał absolutny niedosyt. Mimo, iż atmosfera w filmie ma być wyjątkowo gorąca, także przez upały, o których opowiadają bohaterowie (dziwne, ale nie poczułam, że jest mi wyjątkowo duszno...), to ja wciąż i wciąż czekałam na wybuch. Mamy popisową rolę Streep, wyjątkowe nagromadzenie trudnych zawiłych historii rodzinnych, a nawet zagadkową śmierć. Tylko ja nie wiem po co mi to wszystko. Zwłaszcza jak odbiera się McGregorowi akcent, to jest skandal ;) Wiecie co? Miałam wrażenie, że wszystko jest zbyt dobre. Bez zgrzytu. Nawet te słokdo-pierdzące zdjęcia. O matko i córko, to może ja też chcę pojechać do Osage? Ale bez matki lekomanki, ojca alkoholika, puszczalskiej siostry, przyrodniego brata, z którym romansuje i najaranego pedofila czyhającego na cycki. Wierzcie mi, to nadal nie wszystko, co możemy w filmie znaleźć. Ale powiem Wam tak - idźcie, pewnie większość będzie zachwycona!

6 komentarzy:

  1. Mam takie same plany filmowe! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Otóż to, uwielbiam wszystkie filmy Smarzowskiego, to jest Polska. Na 'Pod mocnym aniołem' również mam zamiar się wybrać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, jak już zobaczyłam Meryl, to wiem, że film nie może być zły :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam ochotę na "Sierpień w hrabstwie Osage". Meryl i Julia są gwarancją dobrego kina :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ha! wszystkie te filmy chciałabym zobaczyć, choć najmniej "Pod mocnym aniołem". Jeszcze American Hustle i Kuklińskiego bym dopisała.
    A ze swojej strony polecam film "Her / Ona". Wzbudza on mieszane uczucia, ale wart jest obejrzenia.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. film na bank będzie dobry z Meryl:)

    OdpowiedzUsuń