Metale w silowni, jedzenie na telefon na diecie. Wreszcie czerpiemy radoche z bycia fit!


Moje ubiegłotygodniowe narzekania na brak postępów w diecie uznajcie za pierwszy i ostatni post tego typu. Koniec z jojczeniem - ogłaszam wszem i wobec! Zamiast skupić się na obserwowaniu cyferek na wadze (już przestałam, po Waszych namowach zresztą) biorę z tego swojego fit planu to, co najlepsze. Radochę z kolejnych świetnych układów na zajęciach dancehallu (ach ta nasza prowadząca, wulkan energii), cudownego feed backu na nasze publikacje o zdrowym odżywianiu (wiecie, że to było bodaj 5 postów, a oddźwięk jest tak duży jak po 30 stylizacjach?) i przyjemności jedzenia rzeczy, które wspaniale smakują i wcale nie trzeba z nich rezygnować.

Jest radość z ćwiczeń. Nareszcie!
Nie wiem ile ważę. Może wcale nie mniej niż przed tygodniem (to by nie było dziwne, biorąc pod uwagę drinki i serniczek na Fashion Trends w weekend), ale na pewno mam dużo lepszy humor. Nie rezygnujemy z siłowni. Chodzimy co prawda tylko 2 razy w tygodniu (to znaczy ja, Lena trzy, bo jeszcze raz z mężem), ale jak już wejdziemy do Jatomi, to zabawiamy po 2-3 godziny. Po pierwsze dlatego, że tryb pracy jest taki a nie inny i nie da się chadzać do klubu wcześniej ani częściej, po drugie jak już tam trafimy, to chcemy nałapać jak najwięcej fajnych opcji treningowych. Zazwyczaj wygląda to tak, że łączymy godzinne zajęcia na sali fitness z przynajmniej godziną na przyrządach. Odkąd zaopatrzyłam się w ZXy, na bieżni czuję się znacznie lepiej. To jednak prawda, że obuwie ma ogromny wpływ na jakość treningu. Drugi ulubiony sprzęt to wiosła (nie wiem, jak to nazwać profesjonalnie), które szczerze uwielbiam i staram się zawsze 'popływać' przynajmniej kwadrans, dość intensywnie. A i miłość do dancehallu kwitnie - nie wiem, czy to za sprawą muzyki, czy układów, ale to jedyne (poza pilatesem) zajęcia, gdzie faktycznie odruchowo staram się jak najlepiej wykonywać poszczególne elementy i pracować jak najciężej.

Najnowsze siłowniano-zdrowożywieniowe odkrycie: blog Anny Lewandowskiej. Żony 'tego' Lewandowskiego ;)
Cokolwiek mówią portale plotkarskie - naprawdę motywujący!

A siłowniany bonus?
Obserwacja co bardziej interesujących typów ludzkich, które się tam pojawiają. Byli już chłopcy metalowcy, wyraźnie zagubieni miejscówką, w której się znaleźli, byli seniorzy płci obojga, naprawdę świetnie radzący sobie na bieżni (szacun!), były piękne pary (w stylu Fit Couple - pozdrowienia Alinko!) wyginające się i pięknie prezentujące zwinność i mięśnie, był tez pan kafar w różowych (!!!) adidaskach, którego (ukradkiem, by nie zarobić w zęby) uwieczniłyśmy telefonem. No taka to osobliwa siłowniana społeczność ;)


Więcej fotek na naszym Instagramie :)
 
Zamawiamy żarcie na telefon! I kto nam zabroni?
Kiedy zaczynałyśmy '30dni zdrowia', wszelkie aplikacje do zamawiania pizzy przez telefon grzecznie z iPhone odinstalowałam. Ot tak, by nie kusiło. Bo wiadomo - jak się raz zakoleguje z szybkim i słonym jedzeniem, trudno się nie uzależnić. I tak faktycznie kończyło się domowym przygotowywaniem posiłków zgodnie z jadłospisem 3D Chili. Oczywiście to bardzo dobrze, bo żywiąc się na własną rękę mam 100% pewności, co jem, ale mimo wszystko ten sztywny jadłospis w zasadzie wykluczał wizyty w restauracjach. Ale ja się nie dam tak łatwo wykluczyć z pałaszowania dobrych rzeczy, których sama nie gotuję. Wewnętrzny żarłok i amator sushi w końcu doszedł do głosu - kazał ściągnąć z chmury Foodpandę z powrotem na telefon i zamówić pyszne i zdrowe co nieco. Co prawda miało to miejsce wczoraj, w trakcie wizyty w Jatomi (razem z Leną siedziałyśmy chwilę z nosem w telefonach, przewertowałyśmy Foodpandę na wszelkie możliwe sposoby - zarówno knajpy katowickie, jak i sosnowieckie, by w końcu zamówić ulubione potrawy z ulubionej suszarni), ale najlepsze kąski zostawiłam na dzisiaj do zdjęć, by pokazać Wam, że
  • jedzenie na telefon wcale nie jest takie złe (tylko trzeba wiedzieć, co i gdzie zamawiać),
  • radość z pozwolenia sobie na ulubiony smakołyk może nie niweczyć, a wręcz wzmacniać motywację do życia w stylu fit,
  • mając takie aplikacje jak Foodpanda naprawdę można zamówić coś zdrowego w dowolnym momencie i nie trzeba już w chwili wilczego głodu rzucać się na budy z kebabami, czy kupione 'na czarną godzinę' Snickersy.




Zdjęcia? Ooo to ja zejdę z maty, dorwę kwiatki z dekoracji i zapozuję do słit foci dla moich fanek. Buziak, mua!


 Jeśli jesteście ciekawi, cóż tam wylądowało na moim talerzu...
  • Jest zupa miso (może i nie wygląda atrakcyjnie, ale to absolutnie superzdrowa potrawa - tofu, glony, dymka i pasta sojowa - ponoć to dzięki regularnemu jedzeniu tak skomponowanej zupy Japończycy są zdrowi i żyją dłużej),
  • duża porcja sałatki z glonów wakame (z ogórkiem i sezamem - zdrowy i niskokaloryczny klasyk)
  • 3 hoso z tuńczykiem i 4 klasyczne California maki (czyli z serkiem typu Filadelphia, surimi i ogórasem).
Glony i ryby - to działa w każdej diecie!








7 komentarzy:

  1. Przy moim trybie pracy taki styl życia to istna magia :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale zdjęcia!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. O jej, ile pyszności <3 Wbijam do Was :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam sushi. Przydałaby mi się jakaś fajna siłownia w pobliżu domu. Śliczny maluch :)

    OdpowiedzUsuń