Zrobiłam "TO". Jak mi wstyd!


Co to jest "TO"? Ha! To pytanie tajemnicze, a odpowiedź już niebawem. I to niejedna. Ba! Jesteśmy pewne, ze każda z Was "TO" kiedyś zrobiła. I to pewnie nie raz, i nie dwa. A dzisiaj, kiedy o tym myślimy na naszych policzkach pojawiają się pąsy. Oczy stają się zamglone i próbujemy wmówić sobie, że była to chwila słabości, dziecięce przewinienie, niedopatrzenie. Że już wyrosłyśmy!

No dobra, o czym będzie mowa?

O grzechach i gustach. O największych wpadach, które zaliczałyśmy będąc pewnymi, że jesteśmy cool. Fajne. Do przodu. Na propsie, choć chyba młodzież już tak nie mawia. Nie wiem! Do rzeczy moi Mili, bo czas nam ucieka, a największe obciachy życia czekają na ujawnienie.


Przeczytałam Sagę o Ludziach Lodu [twice!]
Generalnie - żen. Jeśli nie wiecie co to, już spieszę. W latach 90' na sklepowych półkach, albo nawet bardziej w kioskach Ruchu, pojawiły się niewielkiej wielkości i grubości książeczki w stylu harlequina. Jeśli coś jest spod znaku romansidła w różowej okładce - to śmierdzi. Jednak Saga, którą popełniła norweska pisarka Margit Sandemo nie była różowa. Była przepełniona magią. I tak oto, dwunastoletnia Lena, z różowymi polikami czytała jak to panie czarownice oddają się diabłu. Kuszą, grzeszą, fantazjują. Pikanterii dodaje fakt, że tomów książeczki było 47. CZTERDZIEŚCI SIEDEM! Co z tego, że Sandemo jest wnuczką Noblisty. Wśród intelektualistów wstyd się przyznać, że miało się styczność z ową opowieścią. Był etap wstydu i wyparcia. Dziś uśmiecham się łagodnie, zazdroszczę pani Margit niesamowitej wyobraźni i zachęcam do czytania. Choć przyznam, że jak na dwunastolatkę, to może niektóre sceny były zbyt...mocne. A może nie. Bo w tym samym okresie przeczytałam "Trylogię Śpiącej Królewny" Anne Rice i moja równowaga psychiczna się zachwiała ;)

Jarałam się Kelly Family
W pewnych kręgach było to całkowicie zakazane. Obśmiewano, wytykano palcami. Moja fascynacja rozpoczęła się na koloniach, kiedy szłam do klasy pierwszej szkoły podstawowej [bo mnie rodzice na kolonię posłali wcześniej]. Wróciłam rozentuzjazmowana i kazałam mamie znaleźć piosenkę o aniołku. Dziecko nic więcej nie wiedziało, na szczęście kellysomania była już jawna. Dostałam pierwszą kasetę. Ba! Rodzice klepali mnie po plecach, zwłaszcza Tata, choć uwielbiał ciężkie granie. Bo cokolwiek by o Kelly Family nie mówić, to nie plastikowa muzyka. To naprawdę ładne melodie. I basta! Jako tak małe dziewczę nie kochałam się ani w Paddym, ani w Angelo. Na Boże Narodzenie dostałam kolejną kasetę. A teraz szał - mój Luby też uwielbiał KF, grał ich jako dzieciak na gitarze. I czasem sobie puszczamy, a co!

Oglądałam Superświnkę (a nie miałam wówczas 8 lat)
Chyba byłam w ostatniej klasie podstawówki, a może nawet w gimnazjum. Wielce prawdopodobne. Nie jest to anime najwyższych lotów, nie to co "Czarodziejka z księżyca"[lol]. Nie wiem co w sobie miał ten różowy wieprzek, a tak naprawdę dziewczynka, która się weń zmieniała, ale naprawdę oglądałam bajkę o prosiaku. I jednocześnie potrafiłam słuchać Cradle of Filith. Połączenie niestrawne i niemożliwe, a jednak. Po lekcjach, na TVN, z wielkim uśmiechem na ustach. A teraz słuchajcie, bo to prawdziwa groza. Pamiętam nawet hasło magiczne - Ogonek i ryjek jest moim orężem, prawdą i rozsądkiem zło przezwyciężę. Dzięki mocy planety Kwik. Kumacie? Planeta Kwik...?!


Śledziłam Big Brothera.
Tak, tak! Manuela, Gulczas, Klaudisz i Janusz Dzięcioł. No, żesz kurde, pamiętam.  Dzisiaj mogę sobie tłumaczyć, że byłam obserwatorką swoistych przemian obyczajowych w polskiej tv. Ale to brednia. Za młoda byłam, zbyt nieświadoma. George Orwell? No spoko, ale ta wiedza przyszła ze dwa lata później. A prawda jest taka, że o 20.00 każdego dnia wlepiałam oczy w ekran tv. Bo byłam ciekawa kto jest nominowany, co tez porabiali, kto się zbłaźnił. Dałam się omotać bez dwóch zdań. Program ten absolutnie nic nie wnosił w me istnienie, ale w drodze do szkoły dnia następnego wszystko skrupulatnie omawiałyśmy. Całe szczęście, że interesował mnie tylko sezon 1. I jeszcze większe szczęście, że polsatowskie hity jak Bar były dla mnie żenujące. Uff!

Dałam się wkręcić w Doktor Quinn
Nie sądzę bym łyknęła wszystkie sezony, ale co najmniej dwa na pewno. Wiadomo - zakochałam się w Sallym, sama chciałam mieć własnego Indianina. Wspominam sielankowo niedzielne emisje owego serialu, głównie kojarzę je z Dziadkami. Cała rodzina przed telewizorem, a przed nami preria, saloon i niestrudzona pani doktor. Nie ukrywam mej fascynacji serialami i filmami kostiumowymi, także grunt był podatny.

Wytapetowałam pokój plakatami Spice Girls
Było ich prawie 50. Do tego szereg gadżetów, które znosiła dla mnie cała rodzina. Dezodorant, zeszyty, koszulki, lizaki, pepsi bo były na opakowaniu... Spicetkomania do potęgi entej. Na klatce schodowej ćwiczyłam układy, pod salą gimnastyczną też. Chodziłam w dresie, bezowym topie i adidasach na koturnie (o, rozpaczy) i udawałam Mel B. To był okres odrzucenia Kelly Family i Tata już po plecach nie klepał. Mówi jedynie - zmądrzejesz, zobaczysz. Ja się oburzałam. Miał rację. Po zdjęciu spicetkowej makulatury, na mojej ścianie zawisło zasmucone oblicze Kurta Cobaina. Alleluja!

Występowałam w Mini Playback Show (szkolnym)
Co roku, do klasy piątej kiedy zarzuciłam muzykę pop na rzecz "jedynej słusznej rockowej". Ale w międzyczasie wraz z koleżankami z klasy fikałyśmy kozły na oczach całej szkoły. A, że roczniki byłī wówczas spore, to można statystycznie obliczyć, że publika grubo ponad tysięczna. Ba! Raz z klasą tak bardzo zachwyciliśmy jury wykonaniem "Baby one more time" Beaty, że wzięli nas na festyn. I tak wyginałam się przed dzielnicą w białej koszuli, podkolanówkach i dwóch kucykach. I to był mój ostatni podryg z muzyką pop. Oby się nigdzie nie zachował żaden dowód tej zbrodni!

Chodziłam w polarze
Był zielony, miał wysoki kołnierz zapinany na suwak, był co najmniej o dwa rozmiary za duży. Wyglądałam jak drwal. Dla pogłębienia tragedii... Chodziłam w nim nie na górskie wyprawy, wycieczki szkolne, na rower. Towarzyszył mi jako bluza. Odzienie wierzchnie codziennego użytku. Jak mi z tym wstyd! Chyba tak bardzo zraziłam się do tematu polarowego, ze nie toleruję w żadnej postaci. Nie pamiętam jego końca, ale pewnie był tragiczny.

Piłam picie w woreczku i jadłam tłuste prażynki
Głownie w pierwszych latach podstawówki. Picie w worku ze słomką kosztowało od 35 - 55 gr. Było mnie stać, to jasne. Było stać wszystkie dzieciaki. Choć prawda jest taka, że smakowało ohydnie. Ten zacny trunek zagryzałam prażynkami tłustymi jak rzeczona wyżej superświnka. I co? I nic! Nikt nie pomstował, nie wprowadzał obowiązkowego jedzenia marchewki w szkole, nikt nie podejmował panicznych kroków, a jakoś żyliśmy. Mając wf na korytarzu, bo nie było miejsca na żadnej z dwóch sal do ćwiczeń.


A w co się nie wpakowałam...?

Zbuntowany Anioł - No hello! 19.00, a na podwórku żadnej koleżanki. Siedziałam z Ewą na ławce i głowiłyśmy się o co tym wszystkim laskom chodzi. Przecież to naprawdę durny serial. Miałyśmy kilka podejść, ale nas odrzuciło. Sorry Natalia Oreiro, sorry.

Disco Polo - Niemal synonim lat 90s. Szczęśliwie nawet jedna Shazza nie była gościem mego domu, pokoju. Disco Relax był programem zakazanym, znienawidzonym i niezrozumianym przez wszystkich mych domowników. Alleluja!

Buty w szpic - No fuckin' way. Co prawda miałam jeszcze barierę ochronną pod postacią subkultury, która obficie broniła mnie przed przeróżnymi, tandetnymi modnymi badziewiami. Ale nawet na oficjalne sytuacje miałam zakupione baletki z okrągłym noskiem. Mimo, iż były wówczas całkowicie passe. Nie, nie i jeszcze raz nie dla czubów!

Mierził mnie Scooter i Enrique Igelasias - Choć inni się zachwycali. Nie wiedziałam co począć, gdzie się schować, jak skomentować. Kompromitacja na pełnej linii. Jeden wygląda jak cyborg, drugi jak wykastrowany amant.  Oj! Nie dałam się zwieść, haha!

"Szkoła uczuć" i "Pamiętnik" - Dwa filmy, które kocha większość dziewcząt i kobiet. Mnie przy pierwszym zetknięciu wprawiły w tzw "pożyg". Nudne, przewidywalne historie miłosne ociekające lukrem i "dramatem". Łozjezusmaria. To nie dla mnie. Zamiast "Szkoły uczuć" wolałam włączyć "Wywiad z wampirem" . A "Pamiętnik" z 2004 wymieniłam na "Kill Billa" i "Efekt motyla".

Paulo Coelho - To było w gimnazjum. Jakiś masowy obłęd i paranoja. Ale, żeby wiedzieć o co chodzi  przerobiłam "Alchemika", "Piątą górę" i "Weronika postanawia umrzeć". I czułam, i wiedziałam, że to filozof dla ubogich. Wydumane, niemożliwie. Intuicja okazała się niezawodna. A kiedy na studiach ktoś zająknął się, że czytuje wówczas miażdżyły go wszystkie spojrzenia. Sorry, gregory, na tym wydziale musisz lubić Heideggera. Hłe, hłe;)


No dobra... A jakie są Wasze grzeszki? Czego się wstydzicie? Jesteśmy baaaaaardzo ciekawe!

 http://instagram.com/btmlenalona#  http://instagram.com/btmlenalona#

19 komentarzy:

  1. Szkołę uczuć oglądałam kilka razy,zawsze płaczę :P
    Big Brothera też oglądałam i też tylko 1 sezon,reszta mi się nie podobała
    Superświnkę czasem oglądałam,ale wolałam Czarodziejkę z księżyca-potrafiłam wstawać o 7 rano żeby tylko obejrzeć haha

    OdpowiedzUsuń
  2. hhahahahahaha ja się wpakowałam jeszcze w Just5 i byłam na ich koncercie, moim pierwszym w życiu ! nawet na Majce Jeżowskiej byłam później !

    OdpowiedzUsuń
  3. ;) o jejku kilka faux pas popełniłyśmy razem, ale Kelly? masakra ;)
    noł łej.
    Moje grzechy? Używałam w liceum białego pudru i czarnej szminki...oglądałam japońskie bajki na potęgę, byłam na wszystkich częściach pokemonów, niby z bratem ;) i płakałam na piosenkach z króla lwa, więcej grzechów nie pamiętam :P

    OdpowiedzUsuń
  4. O jesssssuu, też miałam zielony polar. Z Alpinusa! Chodzilam w nim bite 3 lata. Nawet do spodnic! Strasznie sie tego wstydze :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale że do spódnic? :D
      Nie odbierz tego źle, ale... chodziłaś na oazy? :))

      Usuń
    2. Nigdy w życiu, jestem niewierząca :-) Prozaiczna sprawa- w domu się nie przelewało, więc jak już dostałam coś markowego to nosiłam długo.

      Usuń
  5. całe moje dzieciństwo w jednym poście :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Szkoła uczuć-co to jest za piękny film:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ależ to były czasy! Ja szalałam za Spice Girls, ale poza tymi wszystkimi grzechami z plakatami i gadżetami, zakładałam o nich albumy, a każdą piosenkę znałam na pamięć. Myślę, że nawet obecnie potrafiłabym coś sama zaśpiewać, wystarczyłoby lekkie przypomnienie :D Zbuntowany anioł i szkoła uczuć również mnie zniewoliły, ale o ludziach lodu nawet nie słyszałam, aaaa... i jeśli chodzi o Kelly Family, to chyba byłam po tej drugiej stronie barykady ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Same słodziaki w treści:) Kelly Family nie uznawałam zupełnie, co nie przeszkodziło mamie by kupić mi dresik z ich wizerunkiem, a tacie - olaboga, dyskografię całą czy jakiś zestaw pięciu płyt, coś w ten deseń.
    Z długowłosych i kobiecych wolałam jednak Piaska.

    OdpowiedzUsuń
  9. Kelly Family lubię do dziś, Doktor Quinn i Zbuntowanego Anioła też oglądałam. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja jedynie uległam własnie Natali Oreiro :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Pamiętam Zbuntowanego Anioła :D

    OdpowiedzUsuń
  12. za Kelly Family to i ja szalałam i kilka płyt miałam oraz pokój wytapetowany Kellysami i Zbuntowanego Anioła oglądałam i polar w szafie też był i czasem go nosiłam więc w sumie byłam w zgodzie z aktualnym wtedy trendami i nie ma się czego wstydzić :)

    OdpowiedzUsuń
  13. A pamiętacie tę telenowelę kostiumową "Luz Maria" ? ...Oglądałam to, razem z koleżankami i babcią ;). Oglądałam jeszcze "Caitlin's Way", w gimnazjum. Zbuntowana amerykańska dziewczyna-wyrzutek, rodzina zastępcza, kradzieże i glany, oraz wielka przemiana finalna, oczywiście. Nie mogłam przepuścić żadnego odcinka! Przez pewien czas słuchałam Ich Troje [fascynujący kamp - kicz, całe zjawisko!]. Następnie Andrei Bocellego. Następnie O.N.A i Hey [obie formacje są muzycznie równie mierne]. Czytałam nowele Mniszkówny i wszystkie romanse przedwojennej pisarki niemieckiej Jadwigi Courths-Mahler. Biedna sierota o porywająco pięknej twarzy i wdzięcznej postaci za każdym razem dostawała gigantyczny spadek i wychodziła za mąż za księcia/dziedzica/barona etc. Przez krótki czas nosiłam obrzydliwe koturny "hexy", ponieważ w mojej szkole nikt nie nosił, a ja się chciałam buntować i z rozkoszą absorbowałam sensację, jaką te buty budziły. Nosiłam [z tych samych przyczyn] pluszowy plecaczek w kształcie Pikachu. Nosiłam też później buty - "boxerki" na obcasie, takie ceratowe, z targu. Do dzwonów. Nosiłam "siatkę" - koszulkę plecioną z włókien, pod którą się li i jedynie stanik zakładało. Całe życie czytałam - i czytać będę - gazety typu "Takie jest życie", "That's life", "Emocje i Wzruszenia", "Detektyw". Uważam je za bardzo interesujące, napchane wręcz "przeciętnymi" ludzkimi zachowaniami, uśrednionym obrazem tak zwanego szarego Kowalskiego. To mają być kwestie, które interesują panią Maliniak w każdym wieku : śluby, polowania na faceta, dzieci i ich szkoły, samotność odegnana. Z drugiej strony w "Detektywnie"publikowane są prawdziwe opisy spraw z lat 20 - 30, takie, co już mogą zostać ujawnione. W zasadzie na świecie nie istnieją rzeczy naprawdę wstydliwe. Są tylko drobne, zabawne zainteresowania, które człowiek może "przewertować" i porzucić, będąc wiernym swoim pasjom codziennym. Wielki, ciekawy świat,pełen świadomego kiczu, dowodów na to, że ludzie są tylko zwierzętami i drobnych, nieszkodliwych dziwactw [a może własnie "normalnizmów", skoro je każdy przejawia]. Wybaczcie wypracowanie, właścicielki bloga, ale bardzo mnie te zjawiska interesują i obserwuję ludzi pod ich kątem już od lat. ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. A ja uwielbialam ta oranzade w woreczku :-) sama mialam pomysl na podobne wpisy o latach '90

    OdpowiedzUsuń
  15. A gdzie pisanie książki o przyjaciółkach, zakochaniu, kłótniach i intrygach? ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Przyznaję się do "Sagi o Ludziach Lodu" :D Mam wszystkie 47 tomów i wspominam ją z rozrzewnieniem :D

    OdpowiedzUsuń